ROZWÓJ OSOBISTY, MOTYWACJA, REFLEKSJE, SPOSTRZEŻENIA. Z ASEM WYGRYWASZ.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 sierpnia 2011

Jak się masz Drogi Ośle?


Witajcie po lipcowej nieobecności!
Dużo przez ten czas się działo. Pojawiło się wiele ciekawych i inspirujących pomysłów.

Kilka dni temu miałam okazję obejrzeć film „Temple Grandin” zrealizowany dla HBO. I szkoda, że jest to film „telewizyjny” – myślę, że mógłby być przebojem kinowym na miarę „Pięknego umysłu".
Produkcja przedstawia autentyczną historię dziewczynki dotkniętej autyzmem, która po latach zostaje profesorem uniwersytetu.

Film przejmujący, dający do myślenia, i co najważniejsze – oparty na faktach.

Temple zaczęła mówić w wieku 4 lat. Zachowania i emocje ludzi były dla niej często nieczytelne, zaś język sprawiał wiele trudności. Ciągi i sekwencje słowne były dla niej trudne do zapamiętania i zrozumienia. Myślała obrazami. Bodźce sensoryczne odbierane przez skórę: dotyk, przytulanie, głaskanie odbierała jako bardzo nieprzyjemne, tak samo zresztą jak nadmiar bodźców słuchowych. Była wybitnie utalentowana. Temple doświadczyła wiele miłości i wsparcia w swoim życiu – matki, ciotki, nauczyciela – mentora.
Napisała kilka książek m.in. „Byłam dzieckiem autystycznym” pokazując świat z perspektywy autyzmu. Temple żyje do dziś, prowadzi liczne wykłady na temat autyzmu i zespołu Aspergera. Bardzo aktywnie angażuje się w projekty mające na celu humanitarne traktowanie zwierząt hodowlanych.  Jest doktorem zoologii.

Film doskonale pokazuje syndromy autyzmu. Co ciekawe, także z perspektywy osoby autystycznej – można wręcz zobaczyć świat oczami autystyka.



Link dla ciekawych





Autyzm jest dla mnie interesujący z perspektywy wykonywanego zawodu. 
W pracy spotykam się z dzieci z objawami ze spektrum autyzmu. Ale nie tylko z tego powodu ta historia wywarła na mnie ogromne wrażenie.

Jeżeli osoba autystyczna może, pomimo licznych i niezaprzeczalnych trudności, wiele osiągnąć to co nas, zdrowe osoby przed tym powstrzymuje?
Co sprawia, że szukamy wytłumaczeń, wyjaśnień, usprawiedliwień?
Czemu tak często sabotujemy samych siebie?
Zamiast otwierać kolejne drzwi  (co jest pięknie ukazane w filmie) siedzimy w zamknięciu?

Przypomina mi się historia pewnej dziewczyny, z którą rozmawiałam o jej problemach z otwarciem się na świat i ludzi. Nazwijmy ją, by zachować anonimowość, Hania.
Hania mówiła, iż żyje tak, jakby cały czas była zamknięta w szklanej kuli. Jej życie jest całkiem przyjemne, ale ciągle czegoś jej brakuje. Ma poczucie, iż jest zamknięta w swoim swiecie i bardzo samotna.Wiele wysiłku wymagało, by w końcu, w wyobraźni, Hania opuściła tę kulę. Rozbiła ją. Pojawił się ogromny lęk przed pokazaniem się światu taką, jaką była. Bez gombrowiczowskiej gęby. Bez maski. Ale wtedy Hania poczuła się wolna. Podatna na zranienia, ale ciekawa życia i świata.


Ostatnio bardzo dociera do mnie to, co głosi Anthony de Mello. W „Przebudzeniu” staje w opozycji do podejścia, że „ja jestem ok i Ty jesteś ok”. Mówi „nie, ja jestem osłem i Ty jesteś osłem”. I ta osłowatość w nas jest. Przyznanie się do niej jest jak pierwszy krok do rozbicia szklanej kuli. Pierwsze uderzenie młoteczka. Ja i Ty mamy swoje wady, słabe strony, irracjonalne lęki, racjonalne obawy. Ale zamiast temu zaprzeczać, może warto tę osłowatość zaakceptować. Powiedzieć sobie: jestem osłem. Spróbuj! Powiedz teraz: jestem osłem! Ba, jestem osłem i cieszę się z tego!

Temple miała niewątpliwie pod górkę. Ty i ja nie mamy aż tak bardzo, jak ona. Ot, czasem jakieś wzniesienie. Drobny pagórek. Spakujmy więc plecak i ruszajmy w drogę, Drogi Ośle.

A na początek polecam ten film. Naprawdę warto.

Pozdrawiam ,
Agnieszka

czwartek, 30 czerwca 2011

7 dusz

Krótki wpis.
Bo dużo można napisać.
Jednak to, co przychodzi do głowy, niekoniecznie nadaje się do napisania.




Film „7 dusz” zaczęłam oglądać z nastawieniem, że Pan Smith niczym mnie nie zaskoczy. A już na pewno nie wyskoczy z szufladki do której się wpisał (wpisałam go?). Zmieniam zdanie .

Film wciągający. Nie lubię filmów, kiedy po pierwszych trzech minutach mogę przewidzieć zakończenie. Tutaj jest inaczej. Nie wiadomo o co chodzi. Dopiero w połowie filmu wszystko zaczyna się wyjaśniać, tworzyć całość.

Film zostaje na długo w pamięci, budzi pytania, zmusza do refleksji.

Wyzwala emocje – silne, różne, nie pozostawia obojętnym.

Miłość, poczucie winy, wartości, żal, krzywda, odpowiedzialność.

Nie opiszę fabuły, można znaleźć w internecie.

Moim zdaniem, jest to film, który wymaga pewnej gotowości i dojrzałości widza. Otwartości.


Film, który trzeba obejrzeć.


Agnieszka

poniedziałek, 16 maja 2011

11 książek, które wywarły największy wpływ na moje życie

Książki mojego życia.
Kolejność nie ma znaczenia.
Wyzwalały zmiany, wpływały na postrzeganie świata, uczyły, pokazywały życie. Ważne dla mnie. Kto je zna, ten zna częsć mnie.
1.     Zygmunt Freud  „Objaśnianie marzeń sennych” – od tego zaczęła się psychologia. Od dziecka uwielbiałam czytać. Dzieciństwo spędziłam na wsi, gdzie często chodziłam do biblioteki gminnej. W pewnym momencie było tak, że przeczytałam wszystkie dostępne dla mnie książki. Byłam wtedy w 7 klasie. I wtedy moja ręka sięgnęła w kierunku półki z podpisem „Psychologia”. Trafiłam na Freuda „Objaśnianie marzeń sennych”. Od tego czasu, zawsze moje dłonie i serce zwracały się w kierunku półek z podpisem Psychologia
2.     Wisława Szymborska „Widok z ziarnkiem piasku” – od tego zaczęła się polonistyka. Tomik wierszy, który dostałam  w nagrodę w jakimś konkursie w 8 klasie. Chłonęłam, zaczytywałam się, byłam oczarowana. Pokochałam. Uczyłam się wierszy na pamięć, cytowałam.
3.     Piękna i bestia – bajka mojego dzieciństwa. Uratować bestię. I nie zrażać się pozorami.
4.     Stephen Covey „7 nawyków skutecznego działania” - Proaktywność przede wszystkim.
5.     Elizabeth Gilbert „Jedz. Módl się. Kochaj” – cały post na ten temat http://twojazmiana.blogspot.com/2011/04/jedz-modl-sie-kochaj-zyj.html
6.     Antoine de Saint- Exupéry „Mały książę” -  „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”, „Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”, „- Na pustyni jest się trochę samotnym.
- Równie samotnym jest się wśród ludzi”,” ...ludzie hodują pięć tysięcy róż w jednym ogrodzie... i nie znajdują w nich tego, czego szukają...”, „Powinienem był ją sądzić wedle czynów, a nie słów” i wiele innych
7.     Martin Seligman „Psychopatologia” – Ksiażka, która wędruje ze mną gdziekolwiek na dłużej wyjeżdżam. Gruba, podstawowa. Nie wiem, skąd we mnie tyle miłości do niej. Ale stanowi dla mnie bazę mojej tożsamości jako psychologa.
8.     Timothy Ferris „4 godzinny tydzień pracy” - Zmieniła moje podejście do pracy. Zrozumiałam, w jak sposób chce pracować. Pomogła mi nakreślić wizję mojego zawodowego życia.
9.     Irving Stone „Pasja życia” – O Van Goghu biograficzno-beletrystycznie. Książka przeczytana w liceum. Taka, o której pamięta się całe życie. O emocjach, niezrozumieniu, samotności, wielkim talencie. Uczy pokory.
10.  Paulo Coelho „Alchemik” – Książka pierwszy raz przeczytana w Empiku, na stojąco. Najpierw mnie zaczarowała. Potem ją odrzuciłam na dobrych kilka lat, nawet wykpiłam za pseudofilozofię. Niedawno odkryłam na nowo.
11.  Konstanty Ildefons Gałczyński „Rozmowa liryczna” – pokazuje moją sentymentalną i romantyczną, choć czasem gębko skrywaną, naturę. O tym, że do prawdziwej miłość się wraca.  

środa, 11 maja 2011

Być jak płynąca rzeka

Podczas czytania "Być jak płynąca rzeka" Coelho natknęłam się na taki fragment. Stanowi on doskonałe uzupełnienie poprzedniego postu o afirmacji życia.



"Manuel przychodzi do biura i z troską pochyla się nad stertą papierów. Jeśli jest pracownikiem, ro­bi wszystko, aby szef zauważył, że zjawił się punk­tualnie. Jeżeli jest pracodawcą, zagania wszystkich do roboty. Gdy przez przypadek nie ma nic ważne­go do zrobienia, Manuel zawsze coś znajdzie, wy­myśli, stworzy nowy plan, wytyczy nową strategię działania.
Manuel idzie na obiad, ale nigdy sam. Jeśli jest szefem, je z przyjaciółmi, dyskutuje o najnowszych rozwiązaniach, krytykuje konkurencję, zawsze ma w rękawie jakiegoś asa, skarży się (z nieukrywaną dumą), że jest przemęczony. Jeżeli zaś jest pracow­nikiem, również jada z przyjaciółmi, narzeka na sze­fa, opowiada, jak dużo pracuje po godzinach, z roz­paczą w głosie (i wielką dumą) mówi, że w pracy wiele zależy tylko od niego.
Manuel - pracodawca i pracownik - haruje całe popołudnie. Czasem spogląda na zegarek, musi przecież iść do domu, ale właśnie pojawił się pro­blem, który wymaga rozwiązania, trzeba podpisać dokumenty. Jest przecież człowiekiem uczciwym, chce zasłużyć na swoją pensję, spełnić oczekiwania innych ludzi, sprostać marzeniom rodziców, którzy tak się starali, żeby zapewnić mu odpowiednie wy­kształcenie.
Wreszcie wraca do domu. Bierze kąpiel, wkłada wygodne ubranie, zasiada do rodzinnej kolacji. Py­ta, czy dzieci odrobiły lekcje, co robiła żona. Manuel napomyka o swojej pracy, ale tylko po to, by dać dobry przykład, ponieważ nie przenosi do domu kło­potów, które ma w pracy. Po kolacji dzieci, których nie obchodzą szczytne przykłady, praca domowa i tym podobne rzeczy, idą do komputera. Manuel siada przed wynalazkiem z czasów swego dzieciń­stwa, zwanym telewizorem. Znów ogląda wiadomo­ści (mogło się przecież coś zdarzyć w ciągu dnia).
Na stoliku przy łóżku zawsze ma jakąś technicz­ną książkę. Niezależnie od tego, czy jest szefem, czy pracownikiem, zdaje sobie sprawę, jak wielka jest konkurencja. Kto się nie rozwija, ryzykuje utratę pra­cy i staje przed największym z nieszczęść - brakiem zajęcia.
Rozmawia chwilę z żoną - w końcu jest człowie­kiem dobrze wychowanym, pracowitym, kochają­cym, dba o swoją rodzinę i jest gotów bronić jej zawsze i wszędzie. Szybko morzy go sen. Manuel śpi, bo wie, że jutro będzie bardzo zajęty i musi na­ładować baterie.
We śnie przychodzi do niego anioł i pyta: „Dla­czego to robisz?", Manuel odpowiada, że jest czło­wiekiem odpowiedzialnym.
Anioł na to: „Nie możesz zatrzymać się w ciągu dnia przynajmniej na piętnaście minut, rozejrzeć się wokół, spojrzeć na siebie, po prostu nic nie robić?". Manuel odpowiada, że bardzo by chciał, ale nie ma czasu. „Nieprawda - mówi anioł. - Każdy ma na to czas, brakuje mu tylko odwagi. Praca jest darem, kiedy pomaga zrozumieć, co robimy, ale może być przekleństwem, kiedy staje się ucieczką przed pyta­niem o sens życia".
Manuel budzi się w środku nocy oblany zimnym potem. Odwaga? Jak to możliwe, żeby człowiek, któ­ry poświęca się dla innych, nie miał odwagi zatrzy­mać się na piętnaście minut?
Lepiej zasnąć, to tylko sen, takie pytania do ni­czego nie prowadzą, a jutro czeka go dużo, dużo pracy.
Manuel jest wolnym człowiekiem
Manuel pracuje bez przerwy trzydzieści lat, kształ­ci dzieci, świeci przykładem, cały swój czas poświę­ca pracy, nigdy nie zadaje sobie pytania: „Czy to, co robię, ma sens?". Myśli tylko o jednym, by jak naj­więcej pracować i zasłużyć na szacunek społeczeń­stwa.
Dzieci dorastają, wyprowadzają się z domu, on awansuje, pewnego dnia dostaje zegarek albo pióro jako zadośćuczynienie za lata poświęceń, ten i ów uroni łzę. Wreszcie przychodzi oczekiwana chwila: emerytura i wolność, może robić, co mu się żywnie podoba!
Przez pierwszych kilka miesięcy odwiedza biuro, w którym pracował, rozmawia z dawnymi kolega­mi i z rozkoszą oddaje się temu, o czym zawsze ma­rzył - wylegiwaniu się w łóżku. Jedzie na plażę lub do miasta, ma dom na wsi, na który zarobił w pocie czoła, odkrywa uroki ogrodnictwa i stawia pierwsze kroki w tajemniczym świecie roślin. Manuel ma czas, ma go tyle, ile tylko zapragnie. Podróżuje, wy­dając pieniądze, które udało mu się zaoszczędzić. Zwiedza muzea, przez dwie godziny uczy się tego, na co malarze i rzeźbiarze potrzebowali wieków, ale przynajmniej ma poczucie, że poszerza wiedzę. Ro­bi setki, tysiące zdjęć, które wysyła przyjaciołom - w końcu powinni wiedzieć, jaki jest szczęśliwy!
Mijają miesiące. Manuel zaczyna rozumieć, że ogród nie zachowuje się tak samo jak człowiek. Po­sadzone przez niego rośliny potrzebują czasu, żeby urosnąć, i nie pomoże ciągłe sprawdzanie, czy róża już ma pąki. Nachodzi go refleksja, że wszystko, co widział podczas swoich podróży, było jedynie pej­zażem oglądanym z okien autokaru, zostały tylko zabytki uwiecznione w formacie 6x9. Nie odczu­wał przy tym żadnej przyjemności. Zaprzątał sobie głowę opiniami znajomych, zamiast przeżywać ma­gię zwiedzania obcego kraju.
Nadal ogląda wszystkie wiadomości telewizyjne, czyta więcej gazet (bo ma więcej czasu), uważa się za osobę bardzo dobrze zorientowaną, może dysku­tować o rzeczach, o których dawniej nie miał czasu czytać.
Szuka kogoś, z kim mógłby podzielić się swymi przemyśleniami, ale wszystkich wokół porwał wir życia. Pracują, mają mnóstwo spraw na głowie i zazdroszczą Manuelowi wolności. Jednocześnie cieszą się, że są potrzebni społeczeństwu, „zajęci" ważny­mi rzeczami.
Manuel szuka pociechy u dzieci, które mają dla niego wiele czułości. Był wspaniałym ojcem, wzo­rem uczciwości i poświęcenia. Jednak one także ma­ją swoje sprawy, mimo że obowiązkowo uczestniczą w niedzielnych obiadach.
Manuel jest wolnym człowiekiem, ma ustabilizo­waną sytuację materialną, wie, co się dzieje na świe­cie, ma świetlaną przeszłość, ale co dalej? Co zro­bić z tą mozolnie zdobytą wolnością? Wszyscy mu gratulują, chwalą, ale nikt nie ma dla niego czasu. W końcu Manuel robi się smutny, czuje się niepo­trzebny, mimo że przez tyle lat służył światu i swej rodzinie.
Którejś nocy we śnie przychodzi do niego anioł. „Co zrobiłeś ze swoim życiem? Postarałeś się prze­żyć je zgodnie z marzeniami?"
Zaczyna się kolejny długi dzień. Gazety. Wiado­mości w TV. Ogród. Krótka drzemka. Chwila dla siebie - i właśnie wtedy Manuel odkrywa, że nic mu się nie chce. Jest wolny i smutny, o krok od depresji, bo kiedy zegar odmierzał kolejne lata, był zbyt zaję­ty, żeby zastanowić się nad sensem życia. Przypo­minają mu się słowa poety: „Przeżył życie/nie żyjąc".
Teraz jest za późno, by zaakceptować tę prawdę, lepiej więc zmienić temat. Wolność, o którą tak cięż­ko walczył, okazała się więzieniem.
Manuel idzie do nieba
Manuel przechodzi na emeryturę, stara się ko­rzystać z tego, że nie musi wcześnie wstawać i może spędzać czas, jak mu się żywnie podoba. Wkrótce jednak popada w depresję, czuje się niepotrzebny, wykluczony ze społeczeństwa, które pomagał two­rzyć, opuszczony przez dorosłe już dzieci, niezdol­ny pojąć sensu własnego życia, gdyż nigdy nie pró­bował odpowiedzieć sobie na słynne pytanie: „Co ja robię na tym świecie?".
Wreszcie któregoś dnia nasz kochany, uczciwy, zdolny do poświęceń Manuel umiera - prędzej czy później spotka to wszystkich Manuelów, Marie, Mo­niki. I tu muszę oddać głos Henry'emu Drummondowi, który w swej wspaniałej książce Największa w świecie rzecz opisuje, co następuje potem:
„Wszyscy w jakimś momencie zadajemy sobie pytanie, które stawiały wszystkie pokolenia:
Co jest najważniejsze w życiu? "



czwartek, 5 maja 2011

Niepokonani

Nie każdy dobry  film, jest filmem wciągającym, zapadającym w pamięć, dającym do myślenia. I taki jest właśnie  film „Niepokonani”   Petera Weira.
 Nie jest do dobry film. Jest raczej przeciętny. Przeciętnie zrealizowany, pocięty. Niewystarczająco ukazujący dramat życia w obozie, od początku ukierunkowany na osiągnięcie celu, jakim jest przedstawienie drogi. Film nierówny, momentami zachwycający, momentami nużący.  Niedostatecznie ukazane piękno krajobrazów Syberii, Mongolii, Tybetu, Gobi, Indii.
Ale… świetna gra Farrela (co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem) , Eda Harrisa ( co zaskoczeniem nie było)i  Saoirse Ronan (nie miałam żadnych oczekiwań). Historia inspirowana faktami, nieprzerysowana, mało hollywoodzka.
I opowieść o niezłomnym Polaku. Nieugiętych ludziach pragnących wolności. O wolności cenniejszej niż życie.
Opowieść przedstawiona  bez heroizmu. Bez romantycznych uniesień. Bez Kordiana na Mont Blanc.
Opowieść o sile charakteru, o niezłomności, o sile, która drzemie w człowieku.
Czemu o tym piszę? Poruszył mnie ten przeciętny film. Pozwolił na odkrycie kilu prawd, zapominanych często truizmów. Pierwszy z nich:
Ludzie narzekają i będą narzekać. Niewielu coś zmieni w swoim życiu. Będą  dusić się we własnym grajdołku, ale tylko nieliczni spróbują z niego uciec. Wszak duszenie się jest im znane. Choć nieprzyjemne, to jednak bezpieczne. Taka strefa bezpieczeństwa ograniczona drutem kolczastym własnych obaw.  Podcinających skrzydła przekonań na temat tego co jest, a co nie jest możliwe.
A skąd wiesz , co jest niemożliwe, jeśli tego nie spróbujesz? Skąd wiesz, że ci się nie uda? Bo ktoś tak powiedział? Bo komuś się nie udało?
 A może to Ty za mało czegoś pragniesz? Może to nie jest Twój prawdziwy cel? Twoja droga?
Łatwiej jest narzekać, niż spróbować.  Łatwiej tkwić w tym ,co znane, nawet jeśli nieuchronnie prowadzi do śmierci – nie ma znaczenia czy fizycznej czy mentalnej.
Pamiętam taką historię jeszcze z czasu studiów. Podczas jednych z zajęć prowadzący zadał pytanie: Co jest lepsze: homeostaza czy heterostaza? Czyli stałość czy zmienność w życiu? Większość studentów odpowiedziała, ze homeostaza. Stałość. Niezmienność. Pewność. Bezpieczeństwo.
Prowadzący był zdziwiony.   Stwierdził, ze w życiu człowieka niezbędny jest stan heterostazy: zmiany. Tylko zmiana może gwarantować rozwój. Tylko kryzysy mogą doprowadzić do zmian, do spojrzenia na swoje życie z innej perspektywy.
Bolesne jęki i litanie narzekań nie doprowadzają do zmian. Wyzwalają jedynie taki rodzaj emocji, który utrudnia lub wręcz uniemożliwia działanie. A tym samym powoduje, iż koło zamyka się.

Drugi truizm: Nawet jeżeli cel oddala się i zmienia warto podążać za własną Legendą.
Ostatnio w moim życiu dochodzi do licznych przewartościowań. To, co było istotne kilka miesięcy temu, staje się dzisiaj czymś wręcz śmiesznym, choć zrozumiałym.
Najtrudniej w życiu iść własną drogą. Odpuścić. Wyjść z obiegu i nie naprawiać świata. Pozwolić innym na ich sukcesy, na ich ucieczkę i na ich dążenia. Na ich porażki. Odejsć. Dać sobie szansę na podążanie własną ścieżyną. Nie musi to być autostrada, zawsze z pierwszeństwem ruchu i zielonym światłem. Może to być wydeptana dróżka na dziewiczej łące. Na własnej łące.
Nauczyłam się w życiu, by nie odpuszczać. Nie poddawać się. Wszystkie moje motta życiowe to były motta motywacyjne. Teraz szukam motta spokoju. Wyciszenia. Motta, które daje poczcuie bezpieczeństwa i radości istnienia. Afirmacji życia.
 Czekam na Wasze propozycje;)
A do obejrzenia filmu zachęcam.  Warto. Potrafi inspirować.
Pozdrawiam:)
as



piątek, 1 kwietnia 2011

Jedz. Modl się. Kochaj. Żyj;)

„W moich stosunkach z mężczyznami występują kwestie granic. Może to jednak nie tak. Żeby mieć problem granic, trzeba najpierw mieć granice, prawda? Ja natomiast zatracam się całkowicie w osobie, którą kocham. Jestem jak błona przepuszczalna. Jeśli cię kocham, możesz mieć wszystko. Mój czas, moje oddanie, mój tyłek, pieniądze, rodzinę, psa, pieniądze mojego psa, czas psa... wszystko. Jeśli cię kocham, przecierpię za ciebie każdy twój ból, przejmę na siebie wszystkie twoje długi (w każdym znaczeniu tego słowa), ochronię cię przed twoją własną niepewnością, przeniosę na ciebie wszelkie dobre cechy, których tak naprawdę nigdy w sobie nie wykształciłeś, i kupię gwiazdkowe prezenty dla całej twojej rodziny. Dam ci słońce i deszcz, a jeśli akurat okaże się to niemożliwe, zagwarantuję ci je na przyszłość. Dam ci to i wiele więcej, aż będę tak osłabiona i wyczerpana, że odzyskam energię, tylko jeśli zadurzę się w kimś innym.
Nie przedstawiam tych faktów z dumą, ale tak to właśnie z mojej strony zawsze wyglądało.”
 E. Gilbert "Jedz. Módl się. Kochaj"

Cytat nawiązujący nieco do poprzedniego postu – zapisu odnośnie granic. Myślę, że go świetnie uzupełniaJ

Ale dzisiaj chciałabym napisać o czymś innym – o samej książce. „Jedz. Módl się. Kochaj” E. Gilbert.
Ja, przywykła do trudnych książek, nad tą zasypiałam,. Czytałam po trzy strony i …spałam. Jedna z nielicznych ksiażek, które powodowały, że nawet po zmianie pozycji lezącej na siedzącą, osuwałam się w ramiona Morfeusza.
Skąd zatem tyle masochistycznego samozaparcia  by tę książkę przeczytać? Ba, nawet uznać ją za jedna z najlepszych, jakie czytałam?
Jeżeli ktoś czytał Prousta „ W poszukiwaniu straconego czasu” (dzieło opasłe, męczące, ciężkie, czasami nawet mogłabym je uznać za książkę, którą można czytać przez cale życie.. i nie przeczytać;) też zrozumie doskonale, co mam na myśli. Nie chcę Gilbert, broń Boże, porównywać do Prousta. Ale obie te książki  wzbudziły we mnie takie same uczucia – czytane, smakują jak wytrawne wino. Przeczytane  pozostawią niezwykle słodki posmak. W przypadku Prusta – magdalenek, w przypadku Gilbert – pizzy;)
Zasypiałam. Śniłam o Bali, Indiach, Rzymie. O jedzeniu, medytacji, nieskażonej  przyrodzie. Przez kilka dni śniłam o podróżach, świeżych pomidorach, szamanach. 
Czasami budzimy się z poczuciem, ze niby wszystko jest w porządku. Mamy dom, pracę, psa, …(tutaj wstaw swój sposób na godną przynależność do grupy społecznej, na której Ci zależy). I nagle dopada uczucie : nie chcę tego. Nie mogę tak dalej żyć. Nie mogę.
I co dalej?
Wstajesz, idziesz do pracy, przychodzisz, zapominasz…
Tłumisz w sobie… Może jest Ci trochę bardziej smutno… Ale idziesz dalej.
Jest druga opcja. Ale  rzadko kto jest na tyle odważny, by cokolwiek zmienić.
Wstać, zastanowić  się, co w takim razie dalej. Z szacunkiem potraktować swoje uczucia.
Nie chce twierdzić, że to, co zrobiła Liz, jest przykładem do naśladowania. Nie każdy dostanie pieniądze z góry, za nienapisaną książkę, nie każdy będzie mógł zostawić dzieci czy chorych rodziców. Nie każdy pojedzie na Bali czy medytować do Indii.

Jednak nie o to chodzi. Chodzi o ten moment refleksji, o poczucie, że mogę coś zmienić w życiu. Że jestem odpowiedzialny/a  za swoje decyzje, a życie jest od tego, by próbować.
Nie mogę powiedzieć, że książka nie jest marketingowym strzałem w dziesiątkę. Kiedy rządzą wyścigi szczurów, walka o dominację, zyski i korzyści, książka o odnajdywaniu swego wnętrza, o przyjemności egzystencji, o Bogu i miłości jest czymś ,co przyciąga, rozbudza tęsknotę za Swoją Prawdą. Taką Własną Legendą, mówiąc językiem Coelho.

Książka pozwala uwierzyć, że można dokonać zmiany.
Zostaje na długo.
Polecam tez na bezsenne noce. Mimo wszystko, najlepsza pigułka na sen;)