ROZWÓJ OSOBISTY, MOTYWACJA, REFLEKSJE, SPOSTRZEŻENIA. Z ASEM WYGRYWASZ.

piątek, 13 stycznia 2012

Czarne Typy i Bohaterowie



Na temat charakterystyki trenerów istnieją całe artykuły i fragmenty w podręcznikach trenerskich. Oczywiście, dokonując kategoryzacji dochodzi do uproszczenia, podkreślenia niektórych cech i marginalizacji innych. 
Ten wpis ma formę żartu, nie da się zamknąć  wszystkich poczynań określonego szkoleniowca w ramy jednej charakterystyki. Wiele zależy od tematu, grupy i jej liczebności (przecież zupełnie inaczej pracuje się z grupą 7 a inaczej 50 osób) i innych czynników zewnętrznych. Opieram się na własnych doświadczeniach i obserwacjach, charakterystyka zatem może nie być wyczerpująca.

1. Szołmen – fascynujący, energiczny, ujmujący. Temat szkolenia nie ma znaczenia, najważniejsza jest osobowość trenera. Często uznawany za bardzo motywującego (zazwyczaj na krótko), porywająco, nawet za „prawdziwego trenera”. Wychodzi na scenę i każdy jest przekonany, iż to osoba urodzona do tego, by na niej przebywać. Może być niecierpliwy, lekko ironiczny, ale każdy mu to wybacza. 
Z osobistego doświadczenia – szkolenie na temat sprzedaży – niezwykle przystojny trener w typie Banderasa, żartuje, jest energiczny i dynamiczny. Uznaje co prawda analizę transakcyjną za część NLP, a  w zakres wiedzy wlicza umiejętności, ...ale cóż. I tak jest uroczy. 

2. Wykładowca – najczęściej właśnie wykładowca :)  Wysoki poziom wiedzy merytorycznej, niskie kompetencje społeczne, brak umiejętności pracy z grupą. Slajdy przeładowane treścią, dużo wykresów i tabelek. Przy odpowiednim temacie może się dobrze sprawdzać. Zdarza się na szkoleniach unijnych.
Z osobistych doświadczeń – 88 godzin szkolenia, w tym ponad 80 sama teoria. Nie żałowałam sobie w ankiecie ewaluacyjnej, ba... poprosiłam o dodatkową kartkę. Stracony tydzień.

3. Terapeuta – niestety czasem zdarza się takie podejście psychologom. Próbują na sali szkoleniowej rozwiązać problemy uczestników, pojawia się wiele dygresji. Reagują na wszystkie pytania spoza tematu, starają się być potrzebni i pomocni. Ulubiony zwrot do grupy „Kochani”...
Z osobistych doświadczeń – podczas szkolenia z zarządzania czasem, wiele się dowiedziałam na temat pracy w szpitalu psychiatrycznym na oddziale dziecięcym....

4. Starter – uczestnik ma wrażenie, jakby uczestniczył w pierwszym szkoleniu trenera, niezależnie od jego doświadczenia. 
Z osobistego doświadczenia – szkolenie na temat radzenia sobie ze stresem, cytat trenerki „ Kiedy ja się stresuję przed prowadzeniem szkolenia, wyobrażam sobie grupę w same bieliźnie”. Ogromna konsternacja u uczestników – „szkoli z radzenia sobie ze stresem i aż tak to przeżywa! I do tego wyobraża nas sobie w majtkach! „Pani straciła autorytet w ciągu pierwszych 15 minut szkolenia.

5. Misjonarz – najczęściej spotykany na szkoleniach organizacji pozarządowych. Posiada dużą wiedzę, spore umiejętności oraz poczucie misji. Często specjalizuje się w określonej tematyce, której jest szczególnie wierny. Nie jest zestresowany, jest spokojny, często siedzi podczas szkoleń. Może współwystępować  z Terapeutą. Uważa, że praca którą wykonuje  ma szczególny sens. Często jest przekonany, że „niesie kaganiec oświaty”. 

6. Pykacz – nazwa wywodząca się z nomenklatury Protrenerskiej :). Zrobi każdy temat. Pojedzie w każdy teren. Nie ma rzeczy niemożliwych! Często dopiero wchodzi na rynek szkoleniowy. Chętnie weźmie to, co się trafi.
Zarządzenie projektami – ok. 
Budowa maszyn – 
- na kiedy?
- za miesiąc?
- Bardzo proszę:)

7. Profesjonalny trener – „wysoka wiedza, wysokie umiejętności, wysoka troska o grupę”.


Absolutnie nikogo nie chciałam tym postem obrazić! Czasem dobrze spojrzeć na siebie z przymrużeniem oka :) 

Pozdrawiam!
Agnieszka


środa, 14 grudnia 2011

Poszkoleniowe wrażenia


Jakiś czas temu brałam udział w bardzo licznych szkoleniach. Ilość była wręcz hurtowa, a każdy mój weekend zajęty. Tematyka była bardzo różnorodna – od zarządzania sobą w czasie, poprzez sprzedaż aż do relacji terapeutycznych i diagnozy w psychologii. Skąd ten mój zapał? Oczywiście z chęci zdobywania (czy w tych przypadkach – raczej systematyzowania)  wiedzy  i umiejętności.

Ale nie tylko. Głównie ciekawa byłam  innych trenerów – jak reagują na sali szkoleniowej, na co zwracają szczególną uwagę, w jaki sposób się prezentują, jak wygląda współpraca z grupą i jaki mają stosunek do grupy.

Wyciągnęłam wiele wniosków dla siebie – od bardzo prostych:
·         nie zawsze cena decyduje o jakości szkolenia  (jakość i cena nie zawsze są wprost  proporcjonalne). Byłam na bardzo tanim szkoleniu, które mogłoby na dobrą sprawę kosztować 10 razy więcej i na kiepskim, na które za drugim razem nie wydałabym ani grosza.

·         Trener może być rewelacyjny, ale grupa jest zamknięta na współpracę. 
      Choćby trener fikał koziołki i stosował wyjątkowo niekonwencjonalne metody pracy,  grupa i tak  jest głównie zainteresowana przerwą obiadową i skróceniem szkolenia. Tak bywa podczas szkoleń, na które ludzie nie idą z własnego wyboru. Jest nowe rozporządzenie, nowa metodologia – grupa musi być przeszkolona . Chce czy nie chce. Podczas ewaluacji to nie trener jest oceniany ale temat szkolenia. I trener obrywa niezasłużenie.

·         I pokrewny punkt – nie z każdą grupą trener nawiąże właściwą relację. Z jedną będzie żartował, zaś drugiej żarty nie śmieszą i świadczą o małym profesjonalizmie trenera. 

·         Temperament trenera ma ogromny wpływ na dynamikę szkolenia. Banał niezwykle istotny podczas dłuższych szkoleń.

·         Aktywne metody pracy … Kiedy wydawałby się, że na dobre odchodzimy od szkoleń w postaci pokazu 888 slajdów, podczas jednego ze szkoleń spotkałam się z sytuacją dla mnie  niesamowitą. Trener – bardzo dobrze przygotowany- poprowadził szkolenie zgodnie z cyklem Kolba, opierając się na doświadczeniu  i późniejszym generowaniu wiedzy. Moim zdaniem szkolenie bardzo ciekawe i twórcze. I o dziwo, podczas rozmowy z  grupą w trakcie przerwy usłyszałam takie komentarze „Co to za trener, grupa wie więcej od niego”. Przyzwyczajenie do metod poglądowych i trenera-nauczyciela w niektórych grupach jest nadal obecne. I to głęboko.

W kolejnym moim wpisie zajmę się  typologią trenerów. Od „gwiazdy” poprzez „trenera od wszystkiego” po „misjonarza”.

Zapowiada się ciekawie:)


Pozdrawiam,
AS

czwartek, 10 listopada 2011

O odpowiedzialności - ciąg dalszy


W pracy psychologa, terapeuty , a czasem również w sytuacjach szkoleniowych spotykam się z prośbą Klienta:
- Niech mi Pani powie, ale jak to zrobić? Co by pani zrobiła na moim miejscu? Co mam zrobić dokładnie?
Albo też : czy takie rozwiązanie będzie dobre? Czy tak to należy zrobić?
I wtedy w mojej głowie pojawia się pytanie:
W jakim celu chcesz to wiedzieć? Co ci to da, że ja bym zrobiła tak albo inaczej?
I przede wszystkim: skąd mam wiedzieć, że to, co poradzę, będzie Tobie służyć?

Klient, pacjent, osoba przychodząca z problemem tak naprawdę wie, co należy zrobić.
Takie jest moje podstawowe założenie w pracy. 
To człowiek, który do mnie przychodzi, jest ekspertem od swojego świata. Zna swoje życie i swoje możliwości najlepiej. Moje „gdybanie” nic nie pomoże. To Klient posiada zasoby, dzięki którym może rozwiązać swój problem.

Za takim pytaniem bardzo często kryje się warstwa poczucia odpowiedzialności za swoje działania i ich konsekwencje. Jeżeli ja, jako psycholog, terapeuta udzielam rad – biorę na siebie odpowiedzialność za życie drugiego człowieka.

Pragnę tutaj wyraźnie zaznaczyć, że nie mówię o doradztwie czy innych sytuacjach, w których podzielenie się swoimi uwagami jest z góry zakładane i  korzystne dla klienta. Moja wiedza czy doświadczenie może okazać się przydatna w sytuacji, kiedy ktoś jest na tyle dojrzały, by spokojnie rozważyć wszystkie możliwe opcje i wybrać dla siebie najlepszą.

Najczęściej jednak nie dotyczy to klientów, którzy pytają „Co ja mam zrobić?” albo „Co Pani by zrobiła na moim miejscu”.
Najczęściej te właśnie osoby potrzebują scedowania odpowiedzialności na kogoś innego.
Najczęściej nie oznacza – zawsze. Zdarza się, iż człowiek jest tak bardzo „wewnątrz” swojej sytuacji, iż potrzebuje spojrzenia kogoś z boku. Wtedy warto się upewnić, czy to jest ta prawdziwa potrzeba drugiego człowieka.

Taką sytuację można przenieść na typową sytuację pomiędzy znajomymi czy przyjaciółmi, kiedy jedna osoba opowiada o swoich problemach, a druga próbuje jej doradzić. I zaczyna się gra w „Tak, ale”
- Może mogłabyś …
- Tak, ale sama nie wiem. Chyba nie dam rady.
- No jeżeli nie dasz rady, to spróbuj to zrobić…
- Chciałabym, ale nie mogę, bo….

I tak dalej, i tak dalej… Aż do wyczerpania pomysłów lub cierpliwości …


Pozdrawiam, 
Agnieszka

poniedziałek, 24 października 2011

Tezy, hipotezy i inne ezy


Inspirację dla tego postu stanowiła pewna historia, która niedawno miała miejsce.

Chciałam załatwić pewną sprawę z osobą, która wiedziała, że pod  pewnymi względami postępuje nie fair względem mnie.
Wiem o tym, a co więcej, świadomie rezygnuję z asertywności na rzecz uległości, bo to paradoksalnie jest w tej sytuacji bardziej korzystne.
Ta osoba wie, że postępuje nieuczciwie.
Moja sprawa nie miała nic wspólnego z „punktem zapalanym” .

Co się okazało: podczas rozmowy ta osoba w ogóle nie zrozumiała, z czym do niej przychodzę i w jakim celu chcę podjąć działania, które zaproponowałam! Co więcej początkowo odmówiła czemuś, co było dla niej korzystne.

Jak to się stało?
Kiedy tylko mnie zobaczyła, w jej głowie pojawiła się hipoteza „Agnieszka, na pewno chce to, to i tamto”.
 (Pamiętacie te sytuacje, kiedy widząc kogoś, od razu myślicie, że nie oddaliście  mu książki...od zeszłego roku?)

A ja wcale nie chciałam.
Osoba  przestała słuchać. Zamknęła się. Odnosiła wszystko, co powiedziałam do naszych problemów.

Wiem, że sytuacja może wydawać się nieco skomplikowana, ale nie chcę podawać szczegółów umożliwiających identyfikację.


W tym roku rozpoczęłam naukę w szkole terapeutycznej w nurcie terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach.
Na samym początku niewiele wiedziałam na ten temat – znałam tylko założenia tej szkoły, jej filozofię. I za każdym razem kiedy czytałam opis, byłam przekonana: To jest to! To właśnie mi w duszy gra, z tym podejściem się w 100% zgadzam.
Najkrócej filary TSR przedstawiają się tak:

1.            Jeżeli coś się nie zepsuło – nie naprawiaj tego.

2.      Jeżeli coś działa, rób tego więcej.

3.      Jeżeli coś nie działa, nie rób tego. Rób coś innego.

Banalne i proste, prawda? A jakież to wyzwanie!

W tym systemie  terapeuta wychodzi z założenia, że nie wie nic na temat swojego klienta. Nic na temat jego świata, jego wartości, jego życia. Jest osłem!
To pacjent jest ekspertem od swojego życia, od siebie. Terapeuta jest tylko narzędziem, dzięki któremu w życiu pacjenta zajadzie pożądana przez niego zmiana.
Takie podejście terapeuty musi być wolne od hipotez. Od tych ciągle rodzących się w głowie pomysłów: acha! ja wiem co z nim zrobić! Ja wiem jak! Masz depresję, dystymię, atksję, Adhd! Masz etykietkę, wrzucę Cię do worka, w którym znajdują się sposoby na Twoją zmianę. Zmianę jaką ja chcę. Niekoniecznie TY.

Nic nie wiesz!

To właśnie podejście zaczęłam przenosić na swoje codzienne życie.

Nie wiem.
Nie nastawiam się, że będę miała zły dzień.
Nie wiem.
Nie oczekuję, ze będę miała świetny dzień.
Nie wiem.
Nie oczekuję, że każdy zgodzi się z moimi pomysłami.
Nie stawiam hipotez, co jest dziecku, które ma problemy w szkole.
Nie stawiam hipotez, jaka będzie grupa z którą będę prowadzić szkolenie, na podstawie zdjęcia, które widziałam w Internecie.
Nie nastawiam się, że znajdę odpowiedź, ze pomogę.....

Nie wiem.

Mogę wiedzieć to, co zależy ode mnie.
Ktoś powie, że dobry humor. A może, sposób pracy z grupą wpłynie na ich zachowanie.
Pewnie w jakimś stopniu tak.

Ale nie stawiam hipotez. Podążam za, obserwuję i reaguję na bieżąco.
Nie jest to filozofia dla każdego, nie każdemu się spodoba, ba! Niewielu ona będzie bliska.


Bo my chcemy wiedzieć. Bo dzięki temu czujemy się bezpiecznie. Bo świat dzięki temu jest przewidywalny.

Tak samo ta osoba. Ona chciała wiedzieć. Chciała mieć poczucie kontroli. Ale niestety przez te chęci, właśnie ją straciła.


Pozdrawiam,
AS

niedziela, 16 października 2011

Alicja w krainie czarów


Alicja szuka pracy.

Przegląda najpopularniejsze serwisy, zagląda do czasopism branżowych, dzwoni do firm i wysyła listy. Alicja jest bardzo kreatywna. Ostatnio wysłała swoją aplikację w formie audio. 
Ale i tak się nikt do niej nie odezwał.

Alicja zastanawia się, co jeszcze może zrobić.
Usłyszała gdzieś, że poprzez 10 osób można dotrzeć do każdego człowieka na ziemi. Próbuje w każdy możliwy sposób „złapać” pracodawcę. Nie ma takiego serwisu społecznościowego na którym nie miałaby konta: GL, LinkedIn, StepStone o FB, NK, Blipie, Twitterze nie wspominając.

Alicja sukcesywnie rozsyła swoją cevałkę, za każdym razem dostosowując ją do wymagań stanowiska, o które się ubiega. A cevałkę ma piękną – ileż w niej kolorowych pól tekstowych, ileż precyzyjnie sformułowanych zdań z wykorzystaniem wiedzy ze szkoleń o technikach wpływu społecznego i NLP. Zdjęcie – półoficjalne, w pozycji otwartej, z szerokim uśmiechem i mądrym spojrzeniem. 
Wieku w cv nie podała. Ma już ponad trzydziestkę. A to bywa grzechem.

Alicja ma doskonałe wykształcenie: doktorat, którym lubi się pochwalić, drugi kierunek – oligofrenopedagogika jest tym, co ją zawsze interesowało. Podkreśla, iż studia skończyła z wyróżnieniem. Kursy i szkolenia tworzą oddzielną rubrykę. Wszak liczy się rozwój.
Ma też doświadczenie w pracy – w czasie studiów chodziła na wolontariat, potem praktyki, czasem pracowała gdzieś na zlecenie.
Język angielski biegle, oczywiście potwierdzony certyfikatem. Ostatnio zaczęła - tak modny – chiński.

Alicja wysyła swoją cevałkę do wszystkich okolicznych przedszkoli. Nie ma wysokich wymagań – chce pracować z dziećmi.
I jakoś nikt nie odpowiada. Alicja martwi się coraz bardziej i zaniża loty. Może pomoc przedszkolna?

Próbuje złapać króliczka. 
Ale to nie jest "ten" króliczek.

Alicja jeszcze nie wie, że potencjalny pracodawca ma świadomość, że kiedy ją zatrudni, po jakimś czasie zaobserwuje u niej: agresję, frustrację, znużenie i bunt. Poczucie niespełnienia i brak samorealizacji. Będzie widział  osobę przyzwyczajoną do wyzwań, powoli przechodzącą w stan regresji.
I pracodawca wie, że Alicja wcześniej czy później zrezygnuje. A on straci wykwalifikowanego pracownika, w którego zainwestował czas i, często, pieniądze.

Bo Alicja już będzie wiedziała, że stać ją na więcej.


Pozdrawiam,
Agnieszka

środa, 10 sierpnia 2011

Od niezadowolenia do samospełnienia


Liczy się nie to, co masz, ale co robisz z tym, co masz.
Autor nieznany

Autorem powyższego cytatu może być każdy. Nieznany everyman. Takie słowa mogły paść z ust przyjaciółki, kogoś z rodziny, współpracownika. Z ust kogoś, kto dostrzega, iż nie jest najważniejsze samo posiadanie zasobów, ale ich wykorzystywanie.

Od jakiegoś czasu zastanawia mnie kilka kwestii dotyczących wykorzystywania własnego potencjału. Realizacji własnych możliwości, talentów, stosowania posiadanej wiedzy i umiejętności. Oczywiste jest, iż rzadko (o ile w ogóle jest to możliwe) wykorzystujemy cały posiadany potencjał. 
Jeżeli tak jest, może się niestety okazać, iż jest on niewielki;)
W większości jednak korzystamy tylko z części możliwości. W swoim miejscu pracy mamy określone obowiązki, które spełniamy. Podobnie jest w rodzinie czy grupie społecznej, do której przynależymy.

Chciałabym przyjrzeć się możliwym potencjalnościom, których czasem nie dostrzegamy.
Osobiście dzielę zasoby na wewnętrzne i zewnętrzne. Do zewnętrznych zaliczam posiadane przedmioty, warunki życia, posiadane dobra materialne. Są one bardzo istotne, jednak o wiele ważniejsze w mojej opinii są zasoby wewnętrzne.
W literaturze zalicza się do nich: wsparcie społeczne, poczucie własnej wartości, poczucie własnej skuteczności, poczucie koherencji, optymizm, umiejscowienie kontroli, optymizm. Często wymienia się również asertywność, konstruktywny sposób wyrażania emocji, dojrzałość stosowanych mechanizmów obronnych.

Uważa się za istotne także posiadaną inteligencję, wiedzę oraz umiejętności. I tutaj często pojawia się problem.

Kolejne studia skończone, następny zdobyty certyfikat, zaświadczenie, świadectwo. Można powiedzieć – swoiste kolekcjonerstwo. Bywa, że podnoszenie swojej wartości rynkowej idzie w parze ze wzrostem posiadanych zasobów zewnętrznych (zwłaszcza materialnych), ale często tylko z podniesieniem poczucia poczucia własnej wartości Certyfikowanego. I to na krótko. Trzeba zatem zaczynać od nowa – jeszcze jedne, piąte studia, kolejny kurs. Bo a nuż się przyda. Choć do tej pory jakoś się nie przydawały.

Znam wiele osób, które skończyły jeden kierunek i świetnie sobie w życiu radzą. Ba, znam wiele osób, które nie skończyły studiów i radzą sobie o wiele lepiej niż Ci, którzy to zrobili. Znam też takich, którzy nie znają umiaru, a mimo to ich sytuacja życiowa nie ulega zmianie.

Nie neguję samodoskonalenia, rozwoju. Absolutnie nie
Namawiam natomiast do przyjrzenia się temu, co już posiadamy.
Może świetny, choć niepotwierdzony żadnym dokumentem, angielski?
Może studia, o których już prawie zpomnieliśmy?
Może łatwość nawiązywania kontaktu z ludźmi albo wrodzone zdolności handlowe?


Jesteś jedyną osobą na świecie, która może wykorzystać Twój potencjał
mawiał Zig Ziglar i miał rację. Tylko może zamiast gonić za poszukiwaniem kolejnych możliwości, spróbuj wykorzystać to, co udało Ci się zdobyć do tej pory?
Wykorzystaj w tym celu swoje wewnętrzne zasoby: optymizm i poczucie koherencji. Pozwól sobie na przerwę i skorzystaj z tego, co już masz.


Samospełnienie, jak podaje SJP, to zadowolenie z siebie i swoich sukcesów.  
Pozwól sobie na nie.
Daj sobie na nie czas. Doceń to, co już udało Ci się osiągnąć.

Pozdrawiam,
Agnieszka

czwartek, 4 sierpnia 2011

Jak się masz Drogi Ośle?


Witajcie po lipcowej nieobecności!
Dużo przez ten czas się działo. Pojawiło się wiele ciekawych i inspirujących pomysłów.

Kilka dni temu miałam okazję obejrzeć film „Temple Grandin” zrealizowany dla HBO. I szkoda, że jest to film „telewizyjny” – myślę, że mógłby być przebojem kinowym na miarę „Pięknego umysłu".
Produkcja przedstawia autentyczną historię dziewczynki dotkniętej autyzmem, która po latach zostaje profesorem uniwersytetu.

Film przejmujący, dający do myślenia, i co najważniejsze – oparty na faktach.

Temple zaczęła mówić w wieku 4 lat. Zachowania i emocje ludzi były dla niej często nieczytelne, zaś język sprawiał wiele trudności. Ciągi i sekwencje słowne były dla niej trudne do zapamiętania i zrozumienia. Myślała obrazami. Bodźce sensoryczne odbierane przez skórę: dotyk, przytulanie, głaskanie odbierała jako bardzo nieprzyjemne, tak samo zresztą jak nadmiar bodźców słuchowych. Była wybitnie utalentowana. Temple doświadczyła wiele miłości i wsparcia w swoim życiu – matki, ciotki, nauczyciela – mentora.
Napisała kilka książek m.in. „Byłam dzieckiem autystycznym” pokazując świat z perspektywy autyzmu. Temple żyje do dziś, prowadzi liczne wykłady na temat autyzmu i zespołu Aspergera. Bardzo aktywnie angażuje się w projekty mające na celu humanitarne traktowanie zwierząt hodowlanych.  Jest doktorem zoologii.

Film doskonale pokazuje syndromy autyzmu. Co ciekawe, także z perspektywy osoby autystycznej – można wręcz zobaczyć świat oczami autystyka.



Link dla ciekawych





Autyzm jest dla mnie interesujący z perspektywy wykonywanego zawodu. 
W pracy spotykam się z dzieci z objawami ze spektrum autyzmu. Ale nie tylko z tego powodu ta historia wywarła na mnie ogromne wrażenie.

Jeżeli osoba autystyczna może, pomimo licznych i niezaprzeczalnych trudności, wiele osiągnąć to co nas, zdrowe osoby przed tym powstrzymuje?
Co sprawia, że szukamy wytłumaczeń, wyjaśnień, usprawiedliwień?
Czemu tak często sabotujemy samych siebie?
Zamiast otwierać kolejne drzwi  (co jest pięknie ukazane w filmie) siedzimy w zamknięciu?

Przypomina mi się historia pewnej dziewczyny, z którą rozmawiałam o jej problemach z otwarciem się na świat i ludzi. Nazwijmy ją, by zachować anonimowość, Hania.
Hania mówiła, iż żyje tak, jakby cały czas była zamknięta w szklanej kuli. Jej życie jest całkiem przyjemne, ale ciągle czegoś jej brakuje. Ma poczucie, iż jest zamknięta w swoim swiecie i bardzo samotna.Wiele wysiłku wymagało, by w końcu, w wyobraźni, Hania opuściła tę kulę. Rozbiła ją. Pojawił się ogromny lęk przed pokazaniem się światu taką, jaką była. Bez gombrowiczowskiej gęby. Bez maski. Ale wtedy Hania poczuła się wolna. Podatna na zranienia, ale ciekawa życia i świata.


Ostatnio bardzo dociera do mnie to, co głosi Anthony de Mello. W „Przebudzeniu” staje w opozycji do podejścia, że „ja jestem ok i Ty jesteś ok”. Mówi „nie, ja jestem osłem i Ty jesteś osłem”. I ta osłowatość w nas jest. Przyznanie się do niej jest jak pierwszy krok do rozbicia szklanej kuli. Pierwsze uderzenie młoteczka. Ja i Ty mamy swoje wady, słabe strony, irracjonalne lęki, racjonalne obawy. Ale zamiast temu zaprzeczać, może warto tę osłowatość zaakceptować. Powiedzieć sobie: jestem osłem. Spróbuj! Powiedz teraz: jestem osłem! Ba, jestem osłem i cieszę się z tego!

Temple miała niewątpliwie pod górkę. Ty i ja nie mamy aż tak bardzo, jak ona. Ot, czasem jakieś wzniesienie. Drobny pagórek. Spakujmy więc plecak i ruszajmy w drogę, Drogi Ośle.

A na początek polecam ten film. Naprawdę warto.

Pozdrawiam ,
Agnieszka